28 listopada 2011

Panowie, wielki dzień!


Jadę z Biskupina na Kozanów przez ulicę Zaolziańską. Ten przystanek w połowie drogi wlał we mnie nowego ducha, prawdopodobnie ducha Beethovena, ale nie uprzedzajmy faktów. Z klawiaturą pod pachą, rozładowanym dyktafonem i genialną melodią, która miała odmienić bieg historii muzyki, jadę do domu. Jestem już na innej orbicie, przede mną 30 minut jazdy i wiem, że jeśli przestanę śpiewać tę najwspanialszą linię melodyczną świata, to nie będę miała co nagrywać w domu, bo zapomnę. Po 10 minutach zawodzenia pod nosem i opędzania się od podejrzliwych spojrzeń współpasażerów sięgam ostatniej deski ratunku, czyli wielozębnego potwora, którego tuliłam w ramionach. "Dobra, od jakiego dźwięku zaczyna się melodia? Uuu... Ok, od D. Co jest dalej? Kwinta w górę, kwarta w dół, sekunda mała w górę, sekunda wielka w dół, tercja... Dobra, czyli leci tak..." - i zaczynam grać na klawiaturze. Co miałam w głowie, wklepałam w klawisze licząc, że najlepszy z automatów, czyli palce pianisty, odtworzą to, czego głowa nie pamięta. I tak grałam przez całą drogę, bez fonii, na Beethovena.

Nie wiem gdzie popełniłam błąd. Może niepotrzebnie biegłam do mieszkania, może zbyt długo opowiadałam tę historię chłopakom zdziwionym i zaskoczonym tym nagłym przypływem natchnienia, może Kaput robiąc zdjęcie zabrał moją duszę (może Indianie mieli rację!) a wraz z nią najgenialniejszy z pomysłów. Gdy podłączyłam klawisz do prądu i uderzyłam w klawisze okazało się, że gram coś pomiędzy "Kurki trzy" i "Ostatnią niedzielą". Panowie wyszli z salonu.

Jednak nie poddaję się. Wciąż czekam na swoje wielkie natchnienie i na wszelki wypadek zawsze mam naładowaną baterię w telefonie z dyktafonem.

2 listopada 2011

ośrodek

ogrzewam się ciepłem miejsca
które niedługo zgaśnie
na brzegu filiżanki
scałowuję ostatni oddech

napełniam się tą chwilą